Wyświetlono wypowiedzi wyszukane dla słów: farby do mieszkania





Temat: kolory w salonie
Hej,
Nie ukrywam, że bardziej podoba mi się koncepcja z patynowanymi albo
przecieranymi na biało meblami. Rozumiem, że masz już coś upatrzonego (swoją
drogą ciekawa jestem gdzie). Nie wiem tylko czy planujesz malowanie mieszkania
już po wstawieniu mebli i wprowadzeniu się (ja tak zrobiłam, ale miałam bardzo
mało czasu na generalny remont) wtedy mogłabyś się zorientować jak te meble
wyglądają w Twoim salonie i ewentualnie pod nie dobierać kolor ścian. Ale
rozumiem, że to wariant nie zawsze łatwy do zrealizowania, większość ludzi
woli wprowadzić się do „gotowego” mieszkania. Ja dopiero po paru miesiącach w
nowym mieszkaniu podjęłam decyzję o kolorach. Jeżeli nie masz wcześniej
klarownej koncepcji mieszkania to fajnie jest chwilę pomieszkać i zobaczyć ja
układa się światło o różnych porach dnia. Jeśli codziennie będziesz patrzyła
na swoje nowe meble ustawione w salonie to może wówczas kolor sam „pojawi” się
w Twojej głowie.
Wiadomo, że jasne ściany w beżowej tonacji są dosyć neutralne i będą raczej
tłem dla ładnych mebli. Ściany intensywnie kolorowe są same w sobie elementem
dekoracyjnym. Ja właśnie takie mam, bo chociaż trochę mi się marzą biele i
beże w stylu Prowansji (i to tego stare meble ze śladami zdartej farby) to
kolor (zwłaszcza ciemny) kamufluje to architektoniczne cacko, jakim jest
mieszkanie w „gierkowskim” bloku (ta zawrotna wysokość mieszkania 2,5m).
Wydaje mi się, że wersji biało – beżowej nie musisz się bać, że coś wyjdzie
zbyt mdło. Biele i beże dobrze razem wyglądają, natomiast być może masz
słuszne obawy, co do tego „słonecznego” wariantu. Chociaż mdło wyszłoby chyba
gdybyś połączyła oranż i żółcień, ale ty piszesz o bieli, żółtym i łososiowym.
Nie jestem tylko pewna czy to dobry pomysł, żeby go przełamać niebieskim, (ale
to wszystko zależy od odcienia). Chociaż z bladym, chłodnym beżem ładnie
wyglądałyby niebieskie dodatki, ale może trochę zgaszone szarością? Trudno
trochę tak dyskutować o kolorach na „sucho”. Dobrze, że chcesz o dodatkach
decydować później, nie ma sensu kupować wszystkiego na raz.
Jeżeli chodzi o meble to ja też mam podobny wariant: dużą (wielką !) sofę,
przy niej niski stolik koktajlowy, okrągły stół, witrynę na porcelanę (prawie
wszystko z Koła) i trochę innych gratów. Nie mam tylko nic na RTV. Sprzęt
grający stoi na małym stoliku, a TV mam w sypialni ( prawie nie oglądamy).
Czy ta podłoga to jesionowa klepka ułożona w jodełkę?
A nie myślałaś o jakimś ciepłym, bladym różu? Tylko nie wiem jak by to wyszło
z tą łososiową kanapą.
Na pewno beże będą bardziej neutralne niż ta druga wersja, na ich tle ładnie
będą wyglądały różne naturalne faktury dodatków np. zasłon itp. Będziesz też
miała większe pole manewru przy ich zmianie, możesz dodać w nich „przemycić”
też jakiś intensywniejszy kolor. To tyle z moich przemyśleń pozdrawiam (i po
cichu zazdroszczę urządzania mieszkania od początku). Na razie m.






Temat: Nirvana nadeszła o 5.00....
Nirvana nadeszła o 5.00....
Hm…Zawsze,kiedy siedzę tak długo w nocy i pracuje przypomina mi się pewne
zdarzenie, które przytrafiło mi się już jakiś czas temu, kiedy to zmuszona
byłam nie spać całe cztery doby…ludzie do tej pory mnie pytają jak ja
wytrzymałam, a ja przyznaje,że nie mam pojęcia, bo faktycznie był to wysiłek
nie lada jaki...

Wynajmowałam wtedy pokój w mieszkaniu u pewnej Pani,która z przerażeniem
obserwowała,jak przez kilka poprzedzających zdarzenie, na którym się skupie
dni część jej mieszkania zamienia się w dżunglę- dosłownie i w przenośni…moje
maleńkie „cztery kąty” pełne były papierzysk, tekturek, ścinków mniej lub
bardziej przydatnych (sprzątać nie miałam za bardzo czasu wiec wszystko
piętrzyło się w zastraszającym tempie), oprócz tego –ze względu na fakt,iż
miałam się skupić na pewnej ważnej makiecie- wokół łóżka i biurka rozrastały
się góry gałęzi , mchów, porostów itp.( zresztą przyznaję, że okoliczności w
jakich je zdobywałam były też nad wyraz zabawne gdyż odziewałam się wtedy w
biały fartuch -nieszczęśliwie biorący wcześniej udział w jakimś makabrycznym
przedstawieniu pełnym czerwonej farby ;) –szłam do parku, a tam odziana w ów
uniform żywcem[a może nie..?] wyjęty z „Delikattessen” ,gumowe rękawice oraz
dzierżąc w dłoniach wielki kuchenny nóż przeszukiwałam każdy krzaczek w celu
zlokalizowania jakiejś zdobyczy[czyt. Mchu, porostu…]…jednak z punktu
widzenia spacerowiczów musiało wyglądać to nieco inaczej…ze mnie wtedy
policja nie zgarnęła…), ale wracając do sedna…siedziałam więc sobie przez
pierwszy dzień i noc spokojnie pomiędzy tymi wszystkimi „skarbami” nie
przeczuwając zagrożenia…
Drugi dzień także przebiegł bez większych stresów…noc jednak była już dość
męcząca…opatulona w trzy swetry dwie pary grubych skarpet i krzepiąca się
kofeiną w najróżniejszej postaci (wiadomo organizm wyziębiony i na skraju
wyczerpania…)starałam się skupić na makiecie całkowicie…tak mi się to udało
ze jeszcze chwila ,a osiągnęłabym makietowa nirvane…gdy nagle kątem oka
spostrzegłam robaka…ale nie to żeby zwykłego robaka…ROBAKA!!! Bydle nic sobie
nie robiąc spacerowało po moim jeszcze nieukończonym dziele,a wielkie było
takie ze aż mnie zatrzęsło w środku…
-„Mutant…”-myślę sobie-„Takie się zdarzają na zaatakowanych przez alienów
statkach kosmicznych,ale, po jaka cholerę ten mi tu drepcze po
mieszkaniu?!! „-Moja złość sięgnęła zenitu, gdy bezczelna ta istota paskudna
wlazła mi pod mech….
-„ Nosz ty gadzino, łabata!!!!!!” -Zaczęłam tłuc kryjówkę paskudnego zwierza
ciężkim jakimś przedmiotem bez litości-„ Wyłaź i walcz” -dawało się słyszeć z
moich ust-„ Nie pozwolę Ci przyłazić tu we środku nocy i przerywać mi mojego
całkowitego uspokojenia!!!(Z tym uspokojeniem to może była lekka przesada,
ale w takich sytuacjach człowiek zawsze chce wyjść na bohatera…zwłaszcza,
kiedy walczy ze zmutowanym robakiem ,który- nie jest wykluczone-został to
podstawiony przez służby specjalne Marsjan). Robal nagle się pojawił ..potem
znowu zniknął..
-„ No bezczelny…zabawy se urządza, paskuda zapluta!"-...znowu się pokazał i
znowu zniknął…hm…dziwnym trafem pojawiał się jak odwróciłam wzrok od jego
kryjówki pod sterta poszarpanych mchów, a znikał ,gdy tylko moje oczy znów
próbowały go wypatrzyć…hm…lampka świeci…śmieci rzucają cień…ROBAK jest…lampka
zgaszona…śmieci cienia nie rzucają, bo za oknem ledwo szarówka…ROBAKA nie ma…
AHA!!!!
Opadłam na kanapę śmiejąc się, ale i łapiąc parę chwil na odpoczynek ,bo ta
cała bitwa z the Shadow nieco mnie wykończyła….

ROBAK pojawił się jeszcze trzeciej nocy….Tym razem przyprowadził rodzinę…cała
plaga szkaradnych istot tuptała spokojnie po moim biurku w te i nasad…
czwartego dnia-zmuszona byłam się poddać…kolejnej nocy podzieliłam się z
ROBAKIEM kanapka…niestety duża różnica charakterów i zbyt częste burzliwe
wymiany zdań spowodowały moja całkowita kapitulacje…po czterech nocach i
pięciu dniach położyłam się spać….

ROBAK mnie jeszcze czasem odwiedza…zwłaszcza przed sesja…;)

...pzdr
siadeh_






Temat: jakie tło najlepsze dla sofy ecru ?
magda176 napisała:

> basia-bma napisała:
>
> > Chcę mieć jasne wnętrze, więc ściana nie może być za ciemna, ale chyba
> > powinien być jakiś kontrast sofa - ściana, boję się, że gdy będą w tym sam
> ym
> > kolorze, to całość się zleje i wyjdzie mdło. A może ciemniejsza wanilia lu
> b
> > ciemniejszy odcień kości słoniowej (ale kontrast nie będzie wtedy wyraźny,
>
> > raczej będzie to stopniowanie koloru). Co o tym sądzicie ? Sciana w beżu n
> ie
> > bardzo mi się podoba (a może się mylę ?). Dywan też planowałam raczej jasn
> y
> i
> > trochę się boję, że to wszystko się "zmydli" - ściana, sofa, dywan. Podłog
> a
> > też jest dość jasna - jesion. Chyba dywan powinien trochę z nią kontrastow
> ać.
> >
> > Drewno - jeżeli będzie patynowane w średnim odcieniu brązu - będzie
> > kontrastować z jasną resztą. Jeżeli udałoby mi się dobrać meble rozjaśnian
> e
> > na biało (nie jest to łatwe i tanie), to mogłabym się zdecydować na sofę i
>
> > dywan w odcieniach beżu (ale nie widziałam nigdzie ładnej beżowej sofy).
> >
> >Cześć Basiu
>
> Twój salon ma być jasny i nie chcesz beżowych ścian. Wydaje mi się, że
> najbezpieczniej byłoby pomalować ściany na odcień, o którym sama piszesz –
> ;
> właśnie złamanej bieli. Do białej emulsji możesz dodać odrobinę brązowego
albo
> beżowego barwnika (duży wybór jest w Castoramie) Najlepiej kup małą puszkę
> białej emulsji i kilka barwników i spróbuj zrobić mieszankę sama (albo kilka
> osobnych mieszanek). Potem pomaluj nimi jakiś wolny kawałek ściany. Wtedy
sama
> zobaczysz jak to wygląda. Jedyny minus takiego preparowania farby samemu,
jest
> taki, że trudno go później odtworzyć, jeżeli chcesz np. odmalować ścianę na
> taki sam kolor. Ale możesz kupić gotowe emulsje w takim odcieniu. Wtedy
> najlepiej kupić próbkę i „maznąć” nią ścianę w domu. W sklepie przy
>
> jarzeniowym oświetleniu kolor wygląda zupełnie inaczej niż przy świetle
> dziennym. Dobrze jest o tym pamiętać.
>
> Taka złamana biel będzie bardzo neutralnym tłem (a będzie ciekawsza niż
> zwykła, czysta biel) dla ciemniejszych mebli. Zawsze lepiej jest zrobić
> jaśniejszą ścianę i ciemniejsze meble oraz dodatki. Przy takiej ścianie
możesz
> też bezpiecznie wprowadzić wszelki inne odcienie brązu i beżu. Wtedy wszystko
> będzie w jednej tonacji, ale utrzymasz kontrast ciemniejsze – jaśniejsze.
> I
> wcale nie wyjdzie mdło. Poza tym połączenie bieli, brązów i beżu jest bardzo
> klasyczne i eleganckie.
>
> Basiu, mam nadzieję, że to, co napisałam ma jakiś sens. Może spróbuję
przesłać
> na naszą stronę zdjęcie salonu w takiej jak opisałam tonacji (nie mojego
> oczywiście, bo mam samą czerwień), ale upatrzyłam kilka zdjęć w tym stylu.
Nie
> obiecuję, że to będzie dziś, czy jutro, ale postaram się jak najszybciej.
> Pozdrowienia Magda
>

Dzięki Magda,
Chyba rzeczywiście wypróbuję kolory farby na ścianie (ale w swoim starym
mieszkaniu, w którym na razie jeszcze mieszkam - i tak ma być malowane), mam
próbki skóry ecru i drewna, jakie chcę mieć pokoju (pani w sklepie wypożyczyła
mi szufladę komody, brakuje tylko próbki parkietu - ha, ha
Za zdjęcia będę Ci ogromnie wdzięczna - bardzo mi pomagają, jak tylko będziesz
miała taką możliwość, to proszę prześlij (najlepiej kilka). Z swojej strony
obiecuję się pochwalić (mam nadzieję) swoim salonem - jak już powstanie.
Pozdrawiam serdecznie i bardzo, bardzo dziękuję Ci za wszystkie odpowiedzi na
moje posty.
Basia




Temat: Zawód: dekorator wnętrz.

To ja napiszę jak to było ze mną i jak mam nadzieję, że będzie...

Moje studia zupełnie nie były związane z projektowaniem wnętrz, architekturą itp., wręcz bardzo od nich dalekie. Zresztą w momencie wyboru kierunku studiów nie byłam zdecydowana co tak naprawdę chciałabym w życiu robić. Zaraz po studiach rozpoczęłam staż, tzw. od 7.00 do 15.00 i... po pewnym czasie stwierdziłam, że się powiedzmy sobie... duszę. O nie, pomyślałam, ja tak nie chcę już zawsze, ciągle to samo.
Pojawiła się opcja wyjazdu za granicę. Miałam zamiar nauczyć się języka, zdobyć papiery i po powrocie uczyć. Powiedzmy sobie - nowa opcja 'kariery'. Odłożyliśmy trochę pieniędzy, kupiliśmy mieszkanie, wróciliśmy... wykończyliśmy je. W trakcie uczyłam języka i różnie było z tą moją satysfakcją zawodową... Projektowanie mieszkania sprawiało mi niesamowitą frajdę. A potem zdjęcia zamieściłam na forum o wnętrzach. Tak mnie znalazła babeczka, która robi sesje zdjęciowe do magazynów wnętrzarskich. Po prostu w wątku poprosiła o kontakt. I takim sposobem doczekałam się publikacji zaprojektowanego przeze mnie wnętrza.
I... zapaliła mi się lampka w głowie... A może znów zmiana zawodowa? I miałam w głowie wszystkie te wątpliwości, które zostały tu opisane... Czy dam radę? Nie mam wykształcenia... No bo tak doradzać to można, ale jak już się chce za to brać pieniądze... A z tego wszystkiego chyba najbardziej doskwierał mi brak pewności siebie (ciągle nad tym pracuję!).
Trochę nam się skomplikowała sytuacja życiowa i znów postanowiliśmy wyjechać za granicę. Z racji tego, że biegle władam językiem (a jednak się przydały poprzednie zapędy zawodowe!) łatwo mi było podjąć kurs w zakresie projektowania wnętrz. Kurs trwał rok, raz w tygodniu, cały dzień plus mnóstwo pracy w domu. Dość istotne przy tym jest, że kurs nie obejmował pracy na żadnym programie komputerowym, wszelkie 'wizualizacje' były robione dziś już wydawać by się mogło staroświeckimi metodami - rysunki, malowanki, wycinanki, a na końcu każdego modułu projekt konkretnego wnętrza z próbkami materiałów, farb, zdjęciami mebli, dodatków, cennikiem. Na początku niezbyt mi się podobało wywijanie ołówkiem, całe te rysunki przestrzenne (z którymi nie zawsze była taka prosta sprawa) i miałam wrażenie, że strasznie dużo czasu to zajmuje, że szybciej byłoby w programie. Pewnie i tak, ale dziś wiem, że pozwoliło mi to zrozumieć jak to wszystko powstaje, każdy szczegół. Poza tym wiele z tych 'staroświeckich' metod zamierzam wykorzystać w mojej pracy. Owszem - dokładne wizualizacje są niezbędne przy kuchniach czy łazienkach, ale przy projektowaniu np. sypialni podarowałabym je sobie, no chyba, że klient się uprze. Poza tym wydaje mi się, że teraz taka 'moda' na wizualizacje, żeby zrobić wrażenie na kliencie. To taka MOJA sobie opinia i wniosek z kursu.

Kurs mam już za sobą,a le nie wróciliśmy jeszcze do Polski. Kiedy wrócimy, za kilka miesięcy, mam zamiar zacząć moją nową drogę zawodową. Czy mi się uda - nie wiem. Wiem, że na początku będzie trudno, zamierzam zacząć od darmowych projektów, tak, żeby mieć jakiś początek, zdobywać doświadczenie.

Kurs dał mi trochę więcej niż umiejętności. Uporządkował pewne sprawy, wiem jak się zabrać do projektowania, od czego zacząć, czego mniej więcej spodziewać się po drodze. Przede wszystkim jednak zdobyłam odrobinę pewności siebie w tym moim całym projektowaniu, mam jakieś zaplecze. Nie zamierzam wywiesić dyplomu na ścianie, ale mam swój początek, nie studia co prawda, ale już coś.

Uważam, że żaden kurs nie przygotuje do projektowania wnętrz, może być jedynie jakimś początkiem, zrobionym właśnie dla siebie bardziej. Wszystko wyjdzie potem przy realizacjach, przy klientach, którzy potrafią być różni (!), przy współpracy z podwykonawcami. Indywidualny STYL, który podoba się innym to coś, czego nie nauczą na żadnym kursie i to jest najważniejsze.
Początek jest trudny, ale przecież można zacząć projektowanie jednocześnie pracując w dotychczasowej pracy, umawiać się z klientami w godzinach wieczornych, a w wolne dni załatwiać wszystkie niezbędne sprawy związane z projektem i zobaczyć czy to jest w ogóle to, co chcemy robić. Nie trzeba nagle rezygnować z dotychczasowego życia zawodowego i zaczynać zupełnie coś innego. Powoli budować swoje doświadczenie.

Kiedy wrócę mam nadzieję, że będę projektować wnętrza, taki mam plan. I liczę się z tym, że początki będą trudne, dlatego zamierzam wrócić częściowo do uczenia. Czas pokaże... Jedno jest pewne - lepiej żałować czegoś, co może nie do końca wyszło niż mieć żal do siebie, że się czegoś nigdy nawet nie spróbowało.



Temat: o osiedlach zamknietych
No nie wiem czego oczekujesz od podmiejskich osiedli, no chyba nie tego żeby kwitła tam kultura na wysokim poziomie. To chyba oczywiste, że takie osiedla mają spełniać funkcję bezpiecznej sypialni.
Na 'Nowym Ruczaju' ten rejon dobrze znam:
(okolica Szuwarowej i Obozowej) masz restauracje, park, basen, stadnine, sklepy i usługi.. Borek Fałecki, dalej Kampus UJ, biblioteke Papieską, mnóstwo miejsc do spacerów - spokój i ciszę. Czego więcej potrzebujesz do szczęścia??

Mnie ogrodzona przestrzeń, szczególnie w przypadku osiedli poza centrum kojarzy się z bezpieczeństwem. Ograniczeniem wizyt nieproszonych gości, krzyków pod oknem, uszkodzonych (ukradzionych) samochodów czy pomazanych farbą budynków. Ogrodzona przestrzeń nie jest już niczyja, jest własnością wspólnoty - i każdy członek wspólnoty czuje się za nią odpowiedzialny.
A tego właśnie musimy się uczyć po latach socjalizmu, brania odpowiedzialności za swoje otoczenie.
Cóż poradzić, że mamy takie społeczeństwo jak mamy... wiele, bardzo wiele lat minie zanim nauczymy się znowu szanować własność.

Co do Ruczaju, nie jest prawdą, że cały rejon nie jest zaplanowany, to frazes powtarzana przez kolejne osoby, które zupełnie nie znają tego rejonu ani mechanizmu powstawania osiedli. Planowanie w Krakowie NIE ISTNIEJE... no chyba, że zadba o nie sam deweloper (patrz Szuwarowa).
Jak można mówić o niezaplanowaniu osiedla??? Pokaż mi chociaż jedno zaplanowane nowe duże osiedle. Jeden przykład!
Może Górka N....albo Żabiniec, ewentualnie Nowy Kurdwanów, oj nie... Każdy buduje jak leci, byle tylko dostać pozwolenie na budowe i jak najwięcej zmieścić na działce.
Ostateczny kształt osiedla jest zawsze wypadkową działań deweloperów.
To co zobaczyłem w okolicy ul. Kuźnicy Kołątajowskiej, aż mnie ścieło z nóg.
Polecam bo to bardzo 'ciekawy widok'.
Idąc od od 29 listopada na lewo... ciąg bloków, następnie jakieś tereny przemysłowo-handlowe (hurtownia ceramiki i jakiś okropny magazyn-sklep). Ulica kończy się gwałtownie na jakimś zupełnie bezsensu postawionym ogrodzeniem osiedla, siłą rzeczy główny ciąg komunikacji musi skręcić.. gdzie trafiamy na kilka domów jednorodzinnych postawionych pośród blokowiska, dalej majaczące szkielety nowych wielkich bloków...byle gęściej... brrr..

Wracając do Ruczaju, są bardziej zagęszczone rejony, którym nie można zarzucić absolutnie niczego.. (Obozowa, Szuwarowa, Torfowa, Raciborska, Lubostroń i inne...). Reszta obecnie stanowi odosobnione enklawy (oddzielone lasem czy kilkoma hektarami łąk). No ale to wynika ze struktury nabywanych przez deweloperów działek. Gwarantuje Ci, że reszta osiedla również uporządkuje się w ten sam sposób. [ale jak można porządkować Osiedle Młodych na ul. Szwai względem ul. Szuwarowej jeśli pomiędzy nimi jest 800m czystej zielenii??]
Europejskie samo w samo stanowi uporządkowane rozbudowujące się osiedle (docelowo 2000tys. mieszkań), pozostaje spaskudzony (zmarnowany) rejon ul. Chmielniec.

Zresztą co ma znaczyć uporządkowanie osiedli?? Pierzeja przy drodze?
Powtarzam się, ale jedynym uporządkowanym osiedlem jest... Nowa Huta i jakoś nie stała się wymarzonym miejscem do mieszkania dla Krakusów.



Temat: koszty dziecka
Ja moze ujme to krocej- gdybym miala to bym wydala.Staram sie aby moje dzieci
mialy wszystko czego trzeba , zeby byly ladnie ubrane , zeby dobrze jadly ,
zeby jezdzily na super wakacje.
Moja obecna sytuacja bywa rozna.Jednego miesiaca mam mniej drugiego
wiecej.Wezmy pod uwage rowniez to ze jednego miesiaca dziecko zachoruje i na
leki w aptece pojdzie 100 zl , w przyszlym miesiacu musze kupic Bartkowi nowe
lozko za ok 500 zl.Nie kupie go ze swojej kasy , dolozy mi moj ojciec.Inaczej
nie kupilabym , spalby na starym jeszcze troche.
Watek na samodzielnych jest wedlug mnie bez sensu.Tata chcial wyrzucic z siebie
to co slyszy od ex - ze to co daje , zapewne ciezko mu te pieniadze przychodza
skoro tak to przezywa, nazywa ochlapami.Do tego nedznymi.I to jest dla mnie
karygodne.Oczywiscie ze jezeli facet plawi sie w luksusach a daje minimum mozna
tak powiedziec i wystapi o podwyzke.Ale wydaje mi sie ze to zupelnie nie o to
chodzi w tym przypadku.Co ten facet ma zrobic , nie jesc , nie pic i zadowalac
Pania Mame?
Nie zamierzam wypelniac tej ankiety.Jest ona bez sensu.Tak samo bez sensu jak
pozew o podwyzke , ktory zlozyla nasza ex .Bo dla mnie wyliczanie czynszu na
pol z dzieckiem , kablowki lub jedzenia jest szczytem bezczelnosci i tupetu.No
jesli np czynsz wynosi 300 zl to w przypadku trzech osob w domu wynosi 900?
Jedyne co mozna podac to oplaty takie jak przedszkole , zlobek , swietlica ,
obiady w szkole.Ale np ile na buty?Ile par butow?
Naprawde nie moge tego sluchac i czytac , tych bredni , wyliczania.
Moj syn np buty zgubil ostatnio.I co wy na to?
U mnie jest tak.Moj syn zawsze ma swietne buty - dobrych firm , ladne.Zarowno
ja jak i ex jestesmy tego samego zdania ze tak powinno byc.Roznie bywa z ich
iloscia , bo bywa ze akurat wyrosnie albo ma jakies za duze juz kupione na
zapas.Staram sie jednak korzystac z wyprzedazy i okazji.
Jesli chodzi o ciuchy uwazam ze dzieci powinny byc ubierane ladnie ,
schludnie , ja przywiazuje wage do ich ubioru.Do swojego tez wiec czemu dzieci
mialyby miec gorzej?Ale..
Lubie , umiem , mam slabosc do kupowania uzywanych ciuchow.W ogole mam slabosc
do "pchlich targow".Meble kupowalismy okazyjnie , czesc w komisie , czesc M
zrobil sam , sami malowalismy mieszkanie- Bartka pokoj tez , mam obciazyc syna
kosztem farby do sciany?Zdaje sobie sprawe ze niektorzy ludzie nie ubiora ani
siebie ani dziecka w cos po kims.Nie potepiam.Ja jednak nie mam , ex nie ma ,
dziadkowie na tyle kasy aby fundowac moim dzieciom miesiecznie pare nowych
ciuchow.No i skoro potrafie wygrzebac w lumpeksach i na wyprzedazach rzeczy
dobrych firm i ladne za grosze to nie znaczy ze moje dziecko kosztuje grosze.W
weekend ex zabral malego do Factory i na wyprzedazy kupil mu super kurtke i
spodnie.Mam go opluc za to ze nie kupil tego w normalnej ofercie?Albo ze nie
dal mi tej kasy do lapy?Moj Boze....Ja poprostu nie rozumiem podobnych
watkow.Nalezy zyc tak jak nas na to stac.Stac cie na drogie?kupuj drogie.Stac
cie na prywatne szkoly , opiekunke, to funduj to dziecku.Mnie na opiekunke nie
bylo stac i nigdy nie bedzie.Pomijajac moj negatywny stosunek do instytucji
opiekunki.Ludzie w sytuacji takiej jak moja czy Domali czy innych na tym
forum , nigdy o opiekunce nie pomysla.Ani o prywatnej szkole dla dziecka.Teraz
byla akcja "szkola z klasa".Okazalo sie ze szkola do ktorej poslalam syna jest
najlepsza w dzielnicy a place 20 zl za swietlice i 20 zl klasowego.Obiady ma za
darmo bo zaproponowali mi to w szkole.Gdybym jednak miala sama obiady oplacac
pewnie placilabym okolo 80 zl.
Juz kiedys pisalam jak mnie wkurzyla ex tekstem zeby nie kupowac Malgosi rzeczy
uzywanych.Nie umiala tego wytlumaczyc - poprostu sama kupuje w lumpeksie , a
nawet buty dzieciakowi po starszej siotrze zaklada.Ale BOLI ja ze kupimy cos
taniej a nie za duza kase- bo jej zalezy na tym zeby nas do ostatniego grosza
wycyckac dla wlasnej satysfakcji.Bo rzeczy ktore ma od nas Malgosia to rzeczy
firmowe , piekne , jak nowe i gdy ona z takim dzieckiem pokaze sie wsrod swoich
nikt juz nie powie ze jest biedna , nie bedzie wspolczuc ze ojciec rzuca nedzne
ochlapy.To jest tok rozumowania , ktory niektore mamusie przyjmuja.Albo
wszystko z niego wyciagnac a jak nie da to powiedziec ze daje ochlapy ,
najlepiej nalepic dziecku to na czole zeby wszyscy widzieli.
Wozek dla malej kupilismy w komisie - bardzo ladny , nowy , dobry model ,
okazyjnie.Nie sztuka wejsc do sklepu w cientrum handlowym i kupic nowy za
bajonska kwote.
woja droga wylicze ile w tym miesiacu kosztuje mnie dziecko jedno i ile
drugie.Potem o tym napisze.Tylko ze czesc ciuchow po dzieciach wlasnie
sprzedalam na allegro i nie wiem jak to teraz ujac?
Nie dziewie sie Mikawi ze sie zlosci , choc faktycznie czesto temat
walkuje.Pozostaje mi powiedziec jej - trzymaj sie Ania , przezyjesz .Na dziecko
mozna wydac nawet 100000 miesiecznie jak sie czlowiek postara.Podobne watki o
kosztach utrzymania poprostu nie maja sensu.
A poza tym sa ludzie i ludziska.




Temat: remont = paranoja
Nie do końca. Rok temu wymieniałem okna (dlatego się nie podpiszę :-)). Budynek nie jest zabytkiem,
ale jest w tzw. "strefie chronionej", więc zgoda konserwatora zabytków jest niezbędna do każdego
remontu czy naprawy, która wpływa na wygląd zewnętrzny budynku.

Chciałem wymienić kompletnie rozeschłe, przedwojenne okna na nowe. W tym celu zamówiłem
dokładne repliki (tyle, że z plastiku, aż takim krezusem, żeby robić drewniane, niestety, nie jestem) i
zaopatrzony w rysunki techniczne udałem się do urzędu dzielnicy.

W urzędzie dowiedziałem się, że oni tak naprawdę tylko podpisują papiery, a decyzję wydaje Pan
Konserwator urzędujący na Foksal w godzinach tak dobranych, żeby nikt aktywny zawodowo nie miał
najmniejszych szans na widzenie. Do tego należy dostarczyć zgodę wpólnoty mieszkaniowej na
dokonanie wymiany, najlepiej wydanej przez zarząd (tak, ten, który zbiera się raz do roku na walnym).

To bym jeszcze przebolał, bo jestem z natury legalistą, a i do pewnej świadomości architektonicznej się
poczuwam. Gorzej, że poległem na drugim pytaniu: czy zachowuję kolor poprzednich okien. Jak idiota
odpowiedziałem dumnie, że nie, bo poprzedni właściciel pociągnął je jakąś brązową farbą olejną,
zapewne w nadziei na wzmocnienie w ten sposób konstrukcji. A ja przywracam poprzedni kolor biały,
który z resztą występuje na wszystkich pozostałych oknach budynku.

W tym momencie usłyszałem, że zmiana musi być zaopiniowana przez specjalną komisję, a ta pojawi
się u mnie w przeciągu 2-3 miesięcy ("normalny" czas oczekiwania na opinię Pana Konserwatora to ok.
30 dni). Pod pretekstem sprawdzenia czegoś w kalendarzyku oddaliłem się "po angielsku".

Epilog: administrator bydunku, zapytany o zgodę wspólnoty, spojrzał na mnie dziwnie i powiedział: rób
pan swoje. Więc zrobiłem, bo była połowa października i trochę mi wiatr za bardzo po mieszkaniu
hulał, do tego kończył się ostatni rok ulgi remontowej, umówienie ekipy nie było takie proste... Na
wszelki wypadek zrobiłem zdjęcia starych okien, jak się ktoś przyczepi, będę sugerował zagrożenie
życia.

Biorąc pod uwagę, co sąsiedzi mają powstawiane w okna i drzwi, nikt się za bardzo nie przejmuje
pozwoleniami. Trochę szkoda, bo dużo osób nieco przesadza z upiększaniem, ale z drugiej strony - po
tym co zobaczyłem, rozumiem ich.

Co do prac wewnętrznych: w zasadzie co w środku, to robisz na własną rękę i bez pytania o
pozwolenie. Chyba, że sam lokal ma wartość zabytkową/historyczną, i np. jeśli jest malusi pokoik dla
służby, to nie możesz go samowolnie powiększyć ani połączyć z innym, bo to zmienia historyczny
charakter lokalu. Tu wszystko zależy od konkrentego budynku, czasem nawet od lokalu.

Nie potrzebujesz zgody na wymiany instalacji elektrycznych/wodnych, sanitariatów, ujęć wody. Jest to
dobry pretekst do wyburzenia lub przesunięcia ściany. Poważnie.

Moim zdaniem - poznaj najpierw sąsiadów. Pogadaj z nimi, jeśli będą w porządku, to luz. A jeśli nie...
Mi trafiła się raz franca, która złożyła donos, że robię nielegalny remont i po nocach przesuwam ściany
(skuwałem tylko płytki i kładłem nowe, w dodatku w dzień). Zwyczajnie przeszkadzał jej hałas (mimo,
że uprzedzałem, przepraszałem...). Jak sąsiedzi nie podłożą świni, to nikt się nie przyczepi. Zwłaszcza,
że ulgi remontowe się skończyły, nie musisz mieć na wszystko faktury i możesz powiedzieć, że tak już
było...

Smutne, ale czasami inaczej się nie da.



Temat: Na kulawej naszej barce...chwile z poezją.
Charles Bukowski

tragedia liści

obudziłem się w suchym powietrzu i paprocie umarły.
doniczkowe rośliny były żółte jak zorze;
moja kobieta odeszła
a puste butelki otaczały mnie jak pokrwawione trupy
i były równie bezużyteczne;
tylko słonce wydawało się dalej dobre,
kartka od gospodyni domu szeleściła swoim czystym
nie narzucającym się żółtym kolorem; tego czego była teraz potrzeba
to dobrego komedianta w klasycznym stylu, błazna
z dowcipami o absurdzie bólu; ból jest absurdalny
bo istnieje, to wszystko;
uważnie ogoliłem się stara brzytwa
ja, mężczyzna który kiedyś był młody i o którym
mówiono ze jest geniuszem; ale
na tym polega tragedia liści,
zwiędłych paproci, uschłych roślin;
wszedłem do ciemnej sieni,
stała tam gospodyni domu
złorzecząca ostateczna
wysyłała mnie do wszystkich diabłów,
machała tłustymi spoconymi rękami
wrzeszczała
domagała się żebym zapłacił za mieszkanie
bo świat zawiódł nas
oboje.

kołysz się ze mną

kołysz się ze mną, wszystko smutne –
wariaci w kamiennych domach
bez drzwi,
trędowaci ociekający miłością i pieśnią
żaby usiłujące policzyć
gwiazdy;
kołysz się ze mną, smutne życie –
palce rozpłaszczone na kowadle
starość jak skorupki po śniadaniu
zużyte książki, zużyci ludzie
zużyte kwiaty, zużyta miłość
potrzebuję cię:
to uciekło
jak pies albo koń
umarłe albo zgubione
bezlitosne.

Frank O’Hara

„Pić z Tobą colę”

Pić z tobą Colę

to nawet zabawniejsze niż jechać do San Sebastian,Irun,
Hendaye,Biarritz,Bayonne
lub dostać mdłości na Travesera de Garcia w Barcelonie
po części dlatego że w pomarańczowej koszuli wyglądasz jak
lepszy szczęśliwszy św.Sebastian
po części dlatego że cię kocham, po części dlatego że ty
kochasz jogurt
po części z powodu fluoryzujących pomarańczowych
tulipanów dookoła brzóz
po części z powodu naszych uśmiechów skrywanych przed
ludźmi i posągami
trudno uwierzyć gdy jestem z tobą że może być coś tak
niewzruszonego
tak podniosłego tak nieprzyjemnie skończonego ja posągi
kiedy tuż przed nimi
w ciepłym nowojorskim świetle popołudniowej czwartej
dryfujemy między sobą
w przód i w tył jak drzewo co oddycha przez swoje okkulary
i zdaje się że na wsytawie portretu nie ma ani jednej twarzy
tylko farba
człowiek dziwi się nagle po co u licha ktoś je wszystkie zrobił
patrzę
na ciebie i wolałbym patrzeć na ciebie niż na wszystkie
portrety świata
może czasem z wyjątkiem Polskiego Jeźdźca co tak czy owak
jest u Fricka
gdzie dzięki bogu jeszcze nie poszedłeś więc pierwszy raz
będziemy mogli razem pójść
a że poruszasz się tak pięknie z grubsza załatwia nam futuryzm
podobnie w domu nigdy nie myślę o Akcie schodzącym po
schodach ani na
próbie o jednym rysunku Leonarda lub o Michale Aniele co
kiedyś tak mnie rozanielał
i na cóż zdały się impresjonistom ich wszystkie studia jeżeli
nigdy nie zdołali
ustawić sobie właściwego człowieka w pobliżu drzewa gdy
tonęło słońce
czy też takiemu Marino Mariniemu skoro nie wybrał jeźdźca
tak czujnie
jak konia
wygląda na to że okradziono ich wszystkich z jakiegoś
cudownego doświadczenia
którego ja zmarnować nie myślę, dlatego mówię ci o tym.

i coś mojego

„Charles Bukowski i Ameryka”

Jeśli spojrzysz przez drobinki kurzu
znaki drogowe gonią samochody.
Siedemdziesiątka i wykrzyknik
w głowie. Mżawka oznacza kryterium
dla nowego domu. Cisza zostawia
odcisk błękitu na północy.

Nikt

nie powiedział niebo a jednak czujesz
wyschniętą trawę. Deszcz spod płaszczy
i kapeluszy. Dobiega moje spojrzenie
z tobą. Smutne ponad to co mówimy.
Więc zostań.

Wkrótce

chmury i księżyc niepodważalnej nocy.

„Krajobraz sam się nie zmienia”

Łaskoczący pomruk spadających kamieni
to tylko efekty specjalne. Leżymy
z zamkniętymi oczami ja
i dwadzieścia lat. Dla śniegu
jej stopy są czymś nowym. Idzie
od pięt do rzęs dziewczyna
wciąż. Trzyma za rękę
przepowiadając piękną zdradę
by utonąć bez brzytwy. W pobliżu jeziora

ścieram oddech z szyby
i ofiarowuję siebie. Pointę bez igieł
listy upychane pod prześcieradłem.
Wymyślone sny. Bezrobotne
sierpniowe poranki niezmiennego
pragnienia. Stokrotki łąki i lasy
zostawię dla Byrona i Keatsa
pewnie nieśmiertelnych
ale Mozarta zagrają w radiu.

Pozdrawiam.




Temat: Matko! Zanim wyrzucisz z diety WSZYSTKO-przeczytaj
Przeczytałam wszytkie posty i muszę Wam powiedzieć, że u mnie było inaczej.
Spodziewałam się, że córka będzie miała alergię już jak byłam w ciąży, ponieważ
jej biologiczny ojciec miał. Urodziła się, a tu niespodzianka - nic. Ale moja
radość nie trwała długo. Karmiłam piersią krótko (pół roku) ponieważ chodziłam
do szkoły i mała po prostu nie chciała ciągnąć cycka, mleko się skończyło. I
wtedy dopiero, jak zaczęłam dawać mleko dla niemowląt wyszło, że coś jest nie w
porządku. Na początku powiedziano mi, że to nietolerancja mleka i lekarz
przepisał Prosbee (chyba tak to się pisze, nie pamiętam, bo było to 10 lat
temu). Byłam przez ten czas u ok. 8 alergologów (i nie mogę powiedzieć,aby
któryś z nich był naprawdę dobry), ok.10 dermatologów (z czego każdy mówił coś
innego, a połowa kazała iść od razu do alergologa). Poza tym 10 lat temu
alergia nie była jeszcze tak powszechna jak teraz i niewielu lekarzy tak
naprawdę wiedziało co robić. Córka brała Zyrtec, ale tyła od niego, więc
zmieniono. Brała przeróżne leki antyhistaminowe, ale jedyny, który w chwili
obecnej ją nie uczula to Rotadyna. Moja Ania ma AZS, i uwierzcie, dla niej to
koszmar. Uczulona jest prawie na wszystko, ma alergię pokarmową, wziewną i
kontaktową. Ale mniej więcej jak była w 2 klasie podstawówki okazało sie, że
odpada uczulenie na mleko krowie -że to była tylko skaza białokw. I całe
szczęście, bo Ona ma nprawdę ograniczony jadłospis. Wielu rzeczy też nie wolno
jej robić. Musiałam np: założyć filtry w łazience, ponieważ jest uczulona m.in.
na chlor, nie może też chodzić na basen; kupuję lub przywożę (jak ktoś pomoże,
bo nie mam samochodu) wodę mineralną lub oligoceńską; w ogóle nie używam wody z
kranu (filtry mam założone również na pralkę); na wfie w szkole ćwiczy w
długich leginsach bo ma uczulenie na kurz; jedno co mnie zdziwiło to, że nie
jest uczulona na sierść psów, ale sierśc kotów, koni, gryzoni, pierze, wełna
już ją uczulają, nie może też przebywać w towarzystwie psów długo- lub
miekkowłosych bo w nich zatrzymuje się kurz i to też uczula. Szczerze pisząc, z
mojego doświadczenia wynika, że alergia pokarmowa to najmniejszy problem, bo
wszystkie alergeny można wyeliminować, natomiast alergie wziewne i kontaktowe
sa najbardziej uciążliwe. Jak moja córka była mała, to np: w nocy, siadał przy
niej i cały czas pilnowałam, żeby sie nie drapała, bo jeśli nie przypilnowałam
to miała aż rany. To było straszne. Rano wstawałam niewyspana, i tak było przez
pięć pierwszych lat. Teraz jest coraz lepiej i mam też nadzieję, że jak zacznie
dorastać to się trochę poprawi.

I jeśli któraś mama jest ciekawa to moje Słoneczko jest uczulone na:
pokarmowe: orzechy (w tym kakao), cytrusy, arbuzy, drobnopestkowe (np:
truskawki, ogórki, pomidory,owoce leśne,porzeczki itp), przenica (jemy tylko
chleb żytni na zakwasie), wszystkie barwniki i konserwanty (w ogóle nie kupuję
np: koncentratów, kiśli,budyniów, różnych cókierków i ciastek - wszystko robię
sama, z naturalnych składników), wieprzowinę, baraninę, ryby słodkowodne (jemy
wołowinę, drób i ryby morkie), grzyby; poza tym jest uczulona na składniki
leków i to jest największy problem, ponieważ po każdej chorobie, kiedy musi
wziąść jakis mocniejszy lek ma okropne pogorszenie stanu skóry (mamy kilka
sprawdzonych i tylko te jej daje)
kontaktowe i wziewne: sierś kotów, koni, gryzoni, pierze, wełna, roztocza,
grzyby, pyłki prawie wszystkich roslin (w domu nie mamy nawet jednego
prawdziwego kwiatka, a jak ktoś przynosi w prezencie to zaraz po wyjściu gościa
musimy się roślinek pozbyć)
no i na koniec... niebezpieczne są również (w przypadku mojej Andzi): farby
(uzywa rękawiczek), plastelina (robimy masę solną lub kupuję miękką glinę dla
dzieci); remont w mieszkaniu mogę robić tylko wtedy, gdy zawiozę córkę
przynajmniej na miesiąc do babci, a jak jest remont w szkole lub w bloku to
ona, niestety, tez reaguje alergicznie (denerwuje ją nawet sam zapach).
Ale się rozpisałam. A to jeszcze nie wszystko. Chcę dodać, że to napisane
wygląda tragicznie, ale można nauczyć się z tym życ. My mamy za sobą 10 lat
doświadczeń w tej dziedzinie, a czasem jak wyjeżdżamy na wakacje i Ania się
rozchoruje i trzeba iść do lekarza to aż mnie szlag trafia jakie niektórzy
lekarze mają pojęcię o alergi czy azs - zerowe, ja wiem więcej niż oni.
Moja córka jest pod opieką internisty (starszy pan, którego wnuczki teżmają
alergi i on uczestniczy we wszystkich konferencjach itp. na ten temat, wyjeżdża
nawet czasem za granicę aby dowiedzieć się o nowych metodach lub lekach, więc
mam do niego większe zaufanie nawet niż do alergologa), alergologa (niedawno
znalazłyśmy nową panią - zobaczymy, to już 9 lekarz) i dermatologa (to już 11
pani - ale jak na razie zaproponowane przez maści i kremy pomagają).
To na razie tyle, jeśli ktoś chce o cośmoże zapytać to napewno się tu jeszcze
pojawię.
Pozdrawiam.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • anette.xlx.pl



  • Strona 3 z 3 • Wyszukiwarka znalazła 226 wypowiedzi • 1, 2, 3

    Linki